Kościelec – 2155 m, dzięki swojej strzelistej sylwetce, która z daleka przypomina piramidę jest jednym z bardziej charakterystycznych szczytów Tatr. Z powodu nietypowego wyglądu szczytu nadano mu nazwę Kościelec, gdyż jego kształt przypomina dach kościoła. Jeśli jednak patrzymy na szczyt z Halli Gąsienicowej to wygląda on jak piramida.

Z Kościelca można podziwiać bardzo dobrze widoczną Świnicę, wraz z całą granią Orlej Perci, która się od Świnicy rozciąga. W oddali zauważymy Rysy wraz z Wysoką. Tylko ze szczytu Kościelca zobaczymy na raz wszystkie jeziora w Dolinie Gąsienicowej.

Zachodnia ściana Kościelca jest popularna wśród taterników. Najtrudniejszą drogą na szczyt jest tzw. “Sprężyną” oceniana według taternickiej skali trudności na VI+.

 

Nie jest ani najwyższym, ani też najtrudniejszym szczytem tatrzańskim, choć jego sylwetce nie brakuje niczego, by należeć do naszych najpiękniejszych gór. Najbliżej Zakopanego położony granitowy dwutysięcznik Tatr Wysokich, co roku przyciąga setki turystów, którzy z mozołem, ale bez przesadnych trudności, wspinają się na jego wierzchołek, dla wielu z nich będąc pierwszym, prawdziwie „tatrzańskim” szczytem zdobytym w życiu. Monumentalna piramida Kościelca, bo o nim tu mowa, ze względu na kształt nazywana czasami z wielką przesadą „Polskim Matterhornem”, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych gór w naszych Tatrach, a wycieczka na jej wierzchołek, jest ze wszech miar godna polecenia. Jego śmiało ciosane ściany przyciągają wspinaczy praktycznie od początku istnienia taternictwa, a mimo pozornej łatwości dróg wejściowych góra była świadkiem zaskakująco wielu tragedii.

 

Kościelec jest najwybitniejszym szczytem krótkiego grzbietu, który wrzyna się głęboko w rozległą nieckę Doliny Gąsienicowej, rozdzielając jej górne piętro na dwie, odmiennie krajobrazowo części. Wschodnia, dużo dziksza i bardziej skalista, wciśnięta pomiędzy masywy Kościelca i Granatów, jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Tatrach, przyciągając malowniczym Czarnym Stawem i tłumnie uczęszczanym szlakiem na Zawrat. Zachodnia, dużo mniej znana, rozległa i słoneczna, leży na granicy Tatr Wysokich i Zachodnich, pomiędzy Kasprowym a Kościelcem mieści większość z 21 Stawów Gąsienicowych.

Grzbiet Kościelca odgałęzia się ku północy od wybitnej Zawratowej Turni, pilnującej od zachodu przejścia przez Zawrat. Początkowo grzbiet ten ma charakter wąskiej grani, w której wznoszą się dwa wybitniejsze szczyty oddzielone od Zawratowej Turni głęboką Przełęczą Mylną. Bezpośrednio nad nią wznosi się Zadni Kościelec (2162 m n.p.m.) – poszarpana, urozmaicona grań, którego zwłaszcza wschodnia ściana jest wyzwaniem, szczególnie dla początkujących taterników. Z kolei wybitna szczerba Kościelcowej Przełęczy oddziela ten wierzchołek od kolejnego szczytu, nazywanego Wielkim Kościelcem (lub po prostu Kościelcem – 2158 m n.p.m.), mimo że jest nieco niższy od swojego południowego sąsiada. Jego wielkość łatwo ocenić patrząc na szczyt od północy, od strony przełęczy Karb (1853 m n.p.m.) ku której opada charakterystycznymi, pięknie ciosanymi płytami. Za przełęczą dalej ku północy ciągnie się Mały Kościelec (1866 m n.p.m.), który wydaje się niepozorny, jednak patrząc od Hali Gąsienicowej nabiera strzelistości i lekkości.

Właśnie patrząc od strony Murowańca, obie góry – Mały i Wielki Kościelec prezentują się najładniej, niczym dwie trójkątne piramidy, lub też strome dachy gotyckich kościółków w Dębnie czy Harklowej – stąd właśnie przypuszczalnie pochodzi nazwa, Kościelec od „kościoła”, a nie od kości, co pierwsze przychodzi na myśl wielu turystom. Nazwa ta jest dość stara – zanotował ją już słynny botanik prowadzący badania w Tatrach w 1796 roku. Natomiast nazwę Zadni Kościelec nadali taternicy – pierwszy raz ujrzała światło dzienne w 1930 roku, w czasopiśmie „Taternik”.

Popularna obecnie wśród turystów góra początkowo uchodziła za trudno dostępną, chociaż zdobyta została już 1845 r. przez Antoniego Hoborskiego, o którym jednak niewiele wiadomo – jego biogramu brakuje nawet w rzetelnej „Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej” Paryskich. Dopiero w 1892 roku w sezonowym „Kurierze Zakopiańskim” ukazał się krótka notka zachęcająca do wycieczek na ten szczyt.

„Jest to naga turnia przedstawiająca się dziko ze wszech stron. Od strony Czarnego stawu przedstawia się nam ona jako przepaścista ściana, wznosząca się nad powierzchnią jeziora na 532 m. Jest to szczyt pomijany przez turystów, chociaż na to bynajmniej nie zasługuje. Zachęceni przez jednego z przewodników, udaliśmy się z Zakopanego na szczyt Kościelca i niemało byliśmy zdziwieni, gdyśmy się przekonali, ze wejście na niego nie jest tak trudne, jakby się mogło zdawać. (…) Usunięcie niektórych nieznacznych przeszkód uczyniłoby ten tor bardzo przyjemnym i pożytecznym, tem więcej, gdy wycieczka na Kościelec może być połączona ze zwiedzeniem wszystkich stawów Gąsienicowych”

Zachwalającymi zdobycie szczytu byli Janusz Chmielowski – jeden z największych taterników w historii, alpinista, autor pierwszego przewodnika przeznaczonego specjalnie dla taterników, oraz Mieczysław Karłowicz – jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów-symfoników, wybitny taternik i współorganizator TOPR-u. Co ciekawe, obaj weszli na Kościelec bez przewodnika, co może nie byłoby już w ówczesnym czasie niczym wielkim, gdyby nie fakt, że mieli – odpowiednio – 14 i 16 lat… Karłowicz był także, wraz z Romanem Kordysem, inna legendą taternictwa, pierwszym zdobywcą Kościelca w zimie 1908 roku. Zrządzeniem losu, właśnie stoki Kościelca, stały się także miejscem śmierci Karłowicza. Ale wszystko po kolei – wybierzmy się trasą tak zachwalaną przez młodocianych taterników.

Od Murowańca szerokim, wygodnym chodnikiem, wyruszamy w stronę Czarnego Stawu. Warto przypatrzeć się tu górnej granicy lasu – jest to bowiem jedno z nielicznych miejsc, gdzie zachowała się ona w naturalnej formie, gdzie stopniowo, wraz z wysokością, zwarty to dej pory górnoreglowy bór rozpada się na mniejsze płaty, nazywane fachowo biogrupami, które stopniowo ustępują miejsca coraz bujniejszej kosodrzewinie. Pojedyncze, sztandarowe formy świerków, z powykręcanymi gałęziami i mocno skarłowaciałe sięgają wysoko ponad 1500 m n.p.m – na Kościelcu świerki sięgają najwyżej z całej polskiej części Tatr.

Kiedy już po prawej stok stromieje wyraźnie, wspinając się ku grzbietowi Małego Kościelca, po lewej w dole, niedaleko od ścieżki zauważyć można granitowy obelisk ze znakiem swastyki, będącej ulubionym symbolem Karłowicza, który właśnie w tym miejscu zginął w lawinie, 8 II 1909 r. Dziwnym zbiegiem okoliczności, dzień wcześniej brał udział w spotkaniu w zakopiańskim „Krywaniu”, gdzie ostatecznie zredagowano odezwę o powołaniu TOPR-u. Mariusz Zaruski przeczytał brudnopis, Karłowicz poczynił kilka uwag i zadeklarował, że bez wahania złoży pod nią swój podpis.

Jeszcze wieczorem zapowiedział swoje wyjście w góry matce, a następnego dnia, zaraz po szóstej wziął plecak, narty i ruszył z Kuźnic przez Boczań na Halę Gąsienicową. Jeszcze zatrzymał się na Karczmisku by zrobić zdjęcie z Żółtą Turnią w tle, jeszcze w schronisku wpisał się do księgi frekwencyjnej, zaznaczając, że nie zamierza nocować i ruszył w stronę Czarnego Stawu…

Idący kilka godzin za nim Zaruski, na trawersie Małego Kościelca, zobaczył tylko „ślady nart idące po zboczu, gubiące się w bruzdach i pokruszonych bryłach śniegu już spadłej ogromnej lawiny… Z drugiego końca już nie wychodzą!” . Jeden ze znajomych dał znać matce: „(…) nie śmiem prosić o nic, bo wiem, że boleść Twoja granic nie ma. Jedno tylko: przebacz górom, które tak ukochał.” Śmierć Karłowicza była wstrząsem, a jej bezpośrednim następstwem było oficjalne powołanie dożycia pogotowia ratowniczego, do którego powstania Karłowicz tak bardzo się przysłużył. Warto się zatrzymać przy głazie, tak wtopionym w otoczenie, że większość turystów, w swej nieświadomości mija go obojętnie, co najwyżej zwracając uwagę na wyrytą na nim swastykę.

Ruszamy dalej – ku ryglowi zamykającemu Czarny Staw, a stąd w górę, stromo przez trawniki i kosówki, a dalej i piargi, aż osiągniemy skalisty od tej strony grzbiet Małego Kościelca. Otwiera się stąd coraz szerszy widok na pięknie wykształcony kocioł polodowcowy wschodniej odnogi Doliny Gąsienicowej. Grzbietem w kilka minut osiągamy najwyższą kulminację połogiego grzbietu, po czym schodzimy lekko na przełęcz Karb. Przed nami wyrasta potężna piramida Kościelca, z charakterystycznymi, wielkimi płytami granitu.

Stromo, niemalże regularnie nachylony, północny stok góry, to jeden z najlepiej wykształconych przykładów ciosu granitowego w całych Tatrach. Tworzy go system spękań i szczelin, utworzonych w litej skale w czasie jej zastygania z magmy, ewentualnie w późniejszym czasie, w wyniku ruchów górotwórczych. Płaszczyzny ciosowe na Kościelcu zapadają regularnie, ku północy pod kątem około 30 stopni – najładniej widać to patrząc od strony Kasprowego Wierchu, gdzie wyraźnie zaobserwować można gruba na blisko 100 metrów ławicę granitu, ograniczoną równoległymi płaszczyznami. To właśnie istnieniu ciosu północny stoku Kościelca zawdzięcza gładkość ogromnych płyt.

Ruszamy w górę – mozolnie, pnąc się bliżej lewej krawędzi stoku, przecinamy kilkumetrowy próg, na którym często tworzą się zatory, ukośna rynna którą się go pokonuje, w niewielkiej ekspozycji szybko weryfikuje, kto tak naprawdę nadaje się do wędrowania po Tatrach Wysokich. Mamy bowiem obecnie w Tatrach trochę inny problem niż w 1892 roku. Wtedy bowiem apelowano by w góry się wybierać, dziś natomiast należałoby raczej częściej apelować, by przed wybraniem trasy zdecydowanie się zastanowić, czy aby na pewno jest się w stanie.

Stajemy w końcu, po 45 minutach wspinaczki od Karbu, na szczycie Kościelca. Jak pisze Józef Nyka, autor kultowego przewodnika po Tatrach „widok jest oryginalny, zwłaszcza na ponure otoczenie Dolinki Koziej. Na prawo od Koziego Wierchu (2291 m) ukazują się Rysy (2503 m) i Wysoka (2560 m). Kościelec jest jedynym punktem, z którego widać wszystkie Stawy Gąsienicowe”. W rzeczy samej – niesamowicie efektownie prezentuje się stąd Czarny Staw, którego otchłań niebieszczy się przeszło pół kilometra poniżej nas, patrząc natomiast w drugą stronę, możemy starać się rozpoznawać kształty poszczególnych stawów prawdziwego „pojezierza” rozciągającego się w zachodniej odnodze Doliny Gąsienicowej. Pięknie stąd rysuje się także Kasprowy i Czerwone Wierchy, a za nimi plątanina szczytów Tatr Zachodnich.

W dół na przełęcz wracamy tą samą drogą. By dopełnić postulatu młodych autorów sprzed ponad stulecia, w dalszą drogę ruszamy na zachód, schodząc łagodnie wśród granitowych bloków i piarżysk. Mijamy rygiel Długiego Stawu, który szybko chowa się w swej niewielkiej kotlince, będącej według niektórych badaczy pozostałością dawnego dna doliny. Wkrótce osiągamy dwa niewielkie Czerwone Stawki, z prawej mijamy Kurtkowiec, o charakterystycznej, krętej linii brzegowej, którego ozdobą jest najwyżej położona w Polsce wyspa, aż w końcu docieramy do Zielonego Stawu Gąsienicowego. Stąd jeszcze raz warto spojrzeć za siebie by przypatrzeć się słynnej zachodniej ścianie Kościelca, o charakterystycznym ukośnym kształcie – jest to rzeczona już gruba na sto metrów ławica świetnego granitu, ograniczona dwiema płaszczyznami ciosu. Ścianą tą wiedzie kilkanaście dróg, a jej zdobycie stanowiło w okresie międzywojennym wielkie osiągnięcie taternictwa, rozpoczynając epokę nowego pokolenia wspinaczy. Była też świadkiem kilku tragedii, a znamiennym jest fakt, że na tej niewysokiej w sumie ścianie tracili życie najwybitniejsi taternicy epoki.

Próby zdobycia tej ściany rozpoczęły się jeszcze przed pierwszą wojną światową. Parokrotnie dolne partie ściany penetrowały zespoły prowadzone przez czołowych ówczesnych wspinaczy – Mieczysława Świerza i Ignacego Króla. Po wojnie próbował się z nią zmierzyć –bezskutecznie – Jerzy Golcz. Problem zachodniej ściany Kościelca urastał powoli do rangi podobnej, jaka na początku XX stulecia przypadła południowej ścianie Zamarłej Turni. I podobnie jak w jej przypadku – rozwiązanie przypadło wspinaczom do tego czasu mało znanym.

13 sierpnia 1928 roku dwóch młodych, dziewiętnastoletnich wspinaczy – Wiesław Stanisławski i Justyn Wojsznis stanęli pod ścianą i po kilku godzinach zameldowali się na szczycie jako pierwsi zdobywcy. Był to początek ich wielkiej kariery taternickiej. Ambitny Mieczysław Świerz, niekwestionowany do tej pory lider polskich wspinaczy, autor świetnych przewodników po Tatrach, stanął pod ścianą rok później, by nawet jeśli nie jako pierwszy, ale jednak pokonać ścianę i pokazać młodszemu pokoleniu, że jego czas jeszcze nie minął. Wspinał się razem z Tadeuszem Ciesielskim, prowadząc cały czas. Kiedy w pewnej chwili zniknął za załomem potężnego komina, spadającego w linii prostej spod szczytu Kościelca, Ciesielski poczuł tylko gwałtowne szarpnięcie, a po sekundach z przerażeniem odkrył, ze trzyma luźny kawałek liny… Pod prowadzącym ukruszył się chwyt i runął w dół, lina nie wytrzymała, a Świerz, nie wydając nawet okrzyku runął z 80 metrów w dół, odbijając się jeszcze kilka razy od granitowych płyt.

Przeszło 30 lat później Kościelec znowu był świadkiem śmierci znakomitego wspinacza. 2 lipca 1962 roku, podczas stosunkowo łatwego przejścia Grani Kościelców (fragment grani między przełęczą Mylną a Wielkim Kościelcem) zginął legendarny wspinacz Jan Długosz. Był wspinaczem wybitnym, znany był przede wszystkim z tego, że wprowadził polski alpinizm do czołówki światowej, najpierw przechodząc słynną ścianę Petit Dru, która wśród alpinistów ma rangę wręcz symboliczną, a potem rozwiązując problem środkowego filara Frêney w południowych urwiskach Mont Blanc (27–29 sierpnia 1961 r.) w zespole z Brytyjczykami Christianem Boningtonem, Ianem Cloughem i Don Whillansem. Filar ten przedtem odparł ataki najlepszych alpinistów francuskich i włoskich i był areną bardzo głośnej tragedii – fakt, że w ostatecznym rozwiązaniu tak trudnego i skupiającego uwagę mediów alpejskiego problemu uczestniczył Polak, zdarzył się po raz pierwszy w historii polskiego alpinizmu i ośmielił Polaków do atakowania pierwszorzędnych problemów w Alpach i górach wyższych.

Śmierć Długosza była szokiem w środowisku wspinaczkowym i dlatego snuto najróżniejsze domysły na temat jego wypadku. Najczęściej mówiono, że było to zaplanowane samobójstwo – ze względu na nieprzystosowanie społeczne oraz z powodu występujących często w jego utworach wątków fatalistycznych. Najprawdopodobniej jednak przyczyną śmierci było poślizgnięcie lub urwanie stopnia – w dniu jego śmierci w Tatrach panowała zła, mglista pogoda i w wielu miejscach zalegał śnieg, który spadł poprzedniej nocy (zjawisko rzadkie, ale występujące w Tatrach latem).

W końcu, 5 sierpnia 1993 roku na zachodniej ścianie Kościelca zginął Piotr Dawidowicz – jego osiągnięcia w Tatrach zapoczątkowały nową erę w historii tatrzańskiej wspinaczki sportowej. Wśród jego dokonań są pierwsze klasyczne przejścia nadzwyczaj trudnych dróg na Wschodniej Ścianie Mnicha (Wariant R), uważane za przełomowe w historii wspinania po polskiej stronie Tatr i porównywane z pierwszym przejściem tej drogi (ale dokonanym techniką hakową) w 1955 roku przez Jana Długosza i Andrzeja Pietscha.

Spokojnie, ale i w pewnej zadumie schodzimy łagodnie w dół, niedługo dochodząc z powrotem do Murowańca. Cała wycieczka nie powinna zająć nam dłużej niż 4 godziny spokojnego marszu (doliczyć trzeba jeszcze ewentualne 3 godziny na dojście i powrót z Murowańca do Kuźnic).

Szlak na Kościelec

Karb – Kościelec

Trudny szlak bez żadnych sztucznych ułatwień (informują o tym znaki na przełęczy). Czas przejścia z przełęczy na szczyt: 50 min, ↓ 40 min.

Podejście po zboczu na Kościelca wydaje się strome i trudne, gdzie tak naprawdę jest nachylone pod kątem 30 stopni. Po rozpoczęciu drogi na szczyt na pierwszą przeszkodę natrafimy po kilku minutach, gdy dojdziemy do sporego progu skalnego, który przecina całe zbocze. W tym miejscu nie znajdziemy żadnych sztucznych ułatwień, dlatego pokonujemy ten fragment podpierając się nogami i pomagając sobie rękami.

Dalej trawersujemy płyty skalne, które w deszczowy dzień mogą być mokre. Na szlaku koniecznie będziemy musieli w wielu miejscach pomagać sobie rękami, gdyż nigdzie na szlaku nie znajdziemy sztucznych ułatwień. Na dość trudny fragment natrafimy jeszcze pod samym szczytem, gdzie jest duże nachylenie.

Pierwsi zdobywcy

Pierwsze wejście zanotowane w roku 1845 przez Antoniego Hoborskiego. Zimą pierwszymi zdobywcami był Mieczysław Karłowicz wraz z Romanem Kordysem.

Kościelec
5 (100%) 1 głos
Zainteresowaliśmy Ciebie artykułem? Masz pytania, propozycje lub wątpliwości? Możesz do nas napisać: redakcja@everestexpedition.pl.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ