Charakterystyczna sylwetka najwyższego szczytu Bieszczad w ciągu kilkudziesięciu lat zrobiła zawrotną karierę wśród turystów. W przedwojennej Polsce zapomniana, wspominana zaledwie przy okazji wycieczek na sąsiednie, niższe szczyty, dopiero po podzieleniu pasma na dwie części granicą państwową, zyskała na znaczeniu i popularności. Dziś nikt nie kwestionuje pierwszeństwa Tarnicy wśród bieszczadzkich połonin, a wizyta w najbardziej południowo-wschodnim zakątku naszego kraju, bez wejścia na jej wyniosły wierzchołek, uważana może być za niepełną. Rozpościera się stąd bowiem jedna z najbardziej fascynujących panoram w naszym kraju, obejmująca nie tylko niemalże całe Bieszczady, po obu stronach granicy, ale także wplatająca w serca turystów tę gryzącą tęsknotę za minionymi czasami, kiedy całe pasmo stanowiło jeden, niepodzielny region turystyczny II Rzeczypospolitej.

Masyw Tarnicy

Masyw Tarnicy jest najdalej na południowy-wschód wysuniętym pasmem górskim w Polsce, wznosząc się pomiędzy szeroką i rozległą dolina Sanu na wschodzie, a jego głęboko wciętym w góry dopływem, Wołosatym. Osobiście bardziej lubię używanego czasami określenia Gniazdo Tarnicy – bo też i jest to w rzeczywistości prawdziwe gniazdo górskie – wyniosłe, z licznymi, potężnymi grzbietami rozdzielonymi głębokimi dolinami. Tutaj wznoszą się wszystkie, poza jedną Wielką Rawką, najwyższe szczyty Bieszczad Zachodnich, przekraczające 1300 m n.p.m. – Tarnica, Krzemień, Halicz, Szeroki Wierch i Bukowe Berdo. Tutaj wędrować można najrozleglejszymi u nas połoninami, rozciągającymi się na długości kilkunastu kilometrów. To prawdziwa kwintesencja Bieszczad, a jednocześnie przedsmak Karpat Wschodnich ciągnących się za przełęczą Użocką.

Ze wszystkich wierzchołków tego masywu najwyższa jest Tarnica (1348 m n.p.m.). Jej wysokość nie jest zbyt wielka, zwłaszcza, gdy się ją porówna z leżącymi dalej na południowy wschód pasmami Karpat Wschodnich, które w ukraińskiej Czarnohorze przekraczają 2000 m n.p.m., a w rumuńskich Górach Rodniańskich nawet 2300 m n.p.m. (czyli więcej niż najwyższe wierzchołki Tatr Zachodnich), co zapewne przyczyniło się do uknucia pogardliwej nazwy „kapuścianych gór” jaką niekiedy obdarza się Bieszczady. Ale gdy spojrzymy na nasze krajowe podwórko, szybko okaże się, że podążając na zachód wzdłuż karpackiego łuku, wyższa od Tarnicy wśród pasm fliszowych jest dopiero Polica w Beskidzie Żywieckim, a w całych Beskidach Zachodnich większą wysokością pochwalić się może tylko pięć szczytów. Tak więc kapuściane, nie kapuściane – Gniazdo Tarnicy należy do najwyższych pasm w całych polskich Karpatach fliszowych. Jest zatem prawdziwych Karpat Wschodnich forpocztą, może i niewielką, ale jak najbardziej godną.

Historia

Tarnica i przyległe do niej połoniny już od dawna uznawane były za jeden z najpiękniejszych zakątków Bieszczad (całych – łącznie Zachodnich i Wschodnich). Mimo to, nie była to góra zbyt popularna – w przedwojennych przewodnikach, w tym także w legendarnym już przewodniku Gąsiorowskiego z 1935 roku, wycieczka na jej wierzchołek wspominana jest tylko przy okazji wyprawy na Halicz. Podobnie, w znakomitym skądinąd przewodniku „Polska Południowo-Wschodnia”, o Tarnicy wspomniane jest dosłownie w kilku słowach, że leży blisko Halicza i że jest odeń wyższa. W przewodniku Słuszkiewicza z 1938 po Sanoku i ziemi sanockiej, autor wspomina jedynie o tym, że warto wybrać się „w okolice Ustrzyk Górnych, gdzie szczyty dochodzą do 1350 m”.

Skąd taki brak ówczesnego zainteresowania tym rejonem polskich gór? Najczęściej mówi się o tym, że na tle pozostałych pasm karpackich ówczesnej Rzeczypospolitej, ta część Bieszczadów prezentowała się mizernie, a cały ruch turystyczny kierował się w Gorgany i Czarnohorę. Nieprawda – piękno krajobrazu okolic Przełęczy Użockiej znane było od dawna, tutejszymi połoninami zachwyca się sam Gąsiorowski, który Beskid Wschodnie znał jak własną kieszeń. Antoni Wrzosek w 1938 roku pisał wprost o „przepięknych tak w lecie, jak i w zimie terenach wycieczkowych Bieszczadów Zachodnich, dziś tak niesłusznie zaniedbanych” (Wierchy, R.16).

Głównym powodem takiego stanu rzeczy była słaba dostępność komunikacyjna tych gór. Zakrawa to na paradoks, ale w rzeczywistości, te gęsto zasiedlone wioskami w dolinach, partie gór, były trudniej dostępne niż niektóre zakątki dzikich Gorganów. Co tu dużo mówić – łuk Karpat miedzy przełęczą Dukielską a Przełęczą Użocką to było, nie licząc poleskich bagien – największe zadupie przedwojennej Polski. Między tymi dwiema przełęczami góry dało się przekroczyć tylko jedną linią kolejową i dwoma bitymi szosami – pozostałe doliny dostępne były tylko wąskimi błotnistymi dróżkami, zamieniającymi się po kilkudniowych deszczach w rozmokłe błotne trzęsawiska. Stąd przedwojenne zainteresowania turystyczne sięgały jeszcze Halicza, w miarę dobrze dostępnego z Sokolik Górskich, ale już dalej na zachód położone połoniny, z braku schronisk i dojazdu, zwiedzane były nad wyraz rzadko. A kiedy w 1936 r. zlikwidowano kolejkę leśną z Sokolik do Ustrzyk Górnych, ta część Bieszczad zniknęła z turystycznej mapy Polski.

Ciężko to sobie wyobrazić, widząc ciągnące dziś połoninami, zwłaszcza w weekendy, tabuny turystów. W ich miejsce, przed wojną, na stokach Tarnicy można było spotkać ogromne stada wołów – głównie z Wołosatego, których liczba sięgała kilkuset sztuk, najczęściej w stadach po 150. Miały one w górach swoje poidła i miejsca odpoczynku na noc. Ślady charakterystycznych „schodków” wydeptanych w darni przez bydlęce kopyta, zauważalne są przez wprawne oko jeszcze do dziś. Po wojnie teren opustoszał, miejscowych Bojków wysiedlono na Ukrainę, a cały teren przygraniczy zamknięto dla ruchu osób postronnych. Pierwsi turyści pojawili się tu na początku lat 50., a w jednej z pierwszych grup turystów, w 1953 roku na Tarnicę zawędrował Karol Wojtyła, wówczas jeszcze zwykły ksiądz. Dopiero po otwarciu obwodnicy bieszczadzkiej, która uprzystępniła ten zakątek Polski masowej turystyce, rozpoczęła się wielka turystyczna „kariera” Tarnicy – któż bowiem nie chciałby zdobyć najwyższego szczytu w całych „dzikich” Bieszczadach?

Widok z Tarnicy

Ze szczyty można dokładnie przestudiować topografię gniazda Tarnicy, z pięknym Krzemieniem, zwieńczonym licznymi skałkami nadającymi mu charakter grzebienia, rozległymi połoninami Bukowego Berda, Kopy Bukowskiej, Halicza, Rozsypańca, a dalej za nim Kińczyka Bukowskiego, które łącznie nazywane są czasem Połoniną Bukowską – najdłuższą polską połoniną. W przeciwnym kierunku łagodnie opada trawiasty grzbiet Szerokiego Wierchu. Wymienienie choćby połowy szczytów widocznych stąd przy dobrej widoczności zajęłoby dużo czasu i miejsca. Wspomnę więc tu jeszcze tylko o górach, które najbardziej przyciągają wzrok – o pięknych wierzchołkach Karpat Ukraińskich. Na południowym wschodzie widoczne Połonina Równa i Ostra Hora, których kształty są dobrze oddane w nazwach. Na lewo od nich sterczy najwyższy szczyt całych Bieszczadów — stożkowaty Pikuj (1409 m). Przy dobrej widoczności widać stąd także wysokie pasmo Połoniny Borżawy, której najwyższy wierzchołek Stoh liczy aż 1677 m n.p.m. Z kolei na lewo od połonin Kińczyka Bukowskiego można dostrzec wyspowe masywy Gorganów. Czasami, przy mroźnej zimowej aurze zdarza się stąd dostrzec odległe o prawie 200 km stąd Tatry, a w przeciwnym kierunku Świdowiec.

Krzyż na Tarnicy

Krzyż pod którym stoimy wzniesiono na pamiątkę wspomnianej już wycieczki Karola Wojtyły na Tarnicę 5 sierpnia 1953 roku. Pierwszy krzyż postawiono tutaj w 1979 roku – był to prosty krzyż, złożony z dwóch metrowych rur. Kolejny postawiono w 1987 roku, a okazją do tego była III pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Wzniesiono go bez wiedzy ówczesnych władz – grupa turystów z Rzeszowa wniosła nocą z 6 na 7 czerwca z Ustrzyk Górnych elementy 7,5 metrowego krzyża i worki z cementem i po kilkugodzinnych pracach wznieśli z powodzeniem całą konstrukcję. Umieszczono też wtedy tablicę upamiętniającą wycieczkę z 1953 roku. Dziesięć lat później, w 1997 r., tablica została odnowiona i poświęcona. Krzyż przetrwał do 2000 r., kiedy to został wymieniony na nowy, uroczyście poświęcony przez bp. Adama Dyczkowskiego z Gorzowa Wielkopolskiego w obecności wielu turystów i pielgrzymów.

Szlaki na Tarnicę

W Gnieździe Tarnicy jest kilka szlaków, które można kombinować w zróżnicowane trasy wejściowe na najwyższy wierzchołek naszych Bieszczad. Można zrobić piękną pętlę z Wołosatego, przez Rozsypaniec i Halicz, można przejść z Mucznego czy też z Pszczelin przez długie i piękne Bukowe Berdo. Najszybsze i najkrótsze, ale też najstromsze wejście prowadzi wprost w Wołosatego, a osobiście polecam go połączyć z łagodnym zejściem połoniną Szerokiego Wierchu do Ustrzyk Górnych. Zgodni

Wołosate – przełęcz pod Tarnicą – Tarnica

Wołosate nie jest ani piękne, ani malownicze – ot, miejscowość z chaotyczną zabudową, naznaczona stygmatami gigantomanii PRL-u, która kazała wybudować w tym miejscu wielką, nigdy nie ukończoną fermę hodowlaną. Nawet urządzenie w jej budynkach stadniny i restauracji nie zmieni szpetoty tego miejsca. Ale ma też Wołosate swój niezapomniany, wakacyjny klimat, klimat ostatniej miejscowości na trasie, z której można już tylko wyruszyć w góry, w której wieczorami można wysłuchać darmowego koncertu, gdy przed sklepem, przy piwie wszelkiej maści grajkowie wykonują, czasem wcale nieźle, turystyczne przeboje sprzed lat i te zupełnie nowe także. W każdym razie – nie po to się tu przyjeżdża by zwiedzać i zachwycać się miejscowościami, ale by wędrować po połoninach – z tego punktu widzenia Wołosatemu nic zarzucić nie można.

Z dołu, z łąk nad Wołosatem warto się jeszcze przyjrzeć samej Tarnicy – z jej bardzo stromymi stokami, pokrytymi skalnymi załomami i rumoszem zalegającym płatami stok, nazywanym grehotem lub rozsypańcami. Góra wydaje się stąd potężna – i nic dziwnego – różnica wysokości pomiędzy wioską a wierzchołkiem Tarnicy przekracza 600 metrów. Nasza ścieżka pokona  ją zadziwiająco szybko i łagodnie – początkowo mijamy młode mieszane lasy, którymi porosły dawne pola, zarastające polanki, w końcu dochodzimy do krawędzi starego lasu pod kulminacja Hudów Wierszka. Stąd, ładnymi, ale niezbyt bujnymi buczynami podchodzi się dawnym płajem służącym do przeganiania wołów na połoniny. Mijamy świeżo odremontowaną wiatę, po czym początkowo połogo, a potem już coraz stromiej wychodzimy na polanki przy górnej granicy lasu. Jeszcze tylko pas poskręcanej wiatrem buczyny i po półtorej godzinie od wyjścia, stajemy na skraju ogromnej połoniny, z piętrzącym się przed nami masywem Tarnicy. Grehoty i rozsypańce wyglądają stąd o wiele groźniej.

Następne pół godziny zajmie nam wdrapanie się szerokie siodło pod Tarnicą – tu, w jednym z najtłoczniejszych miejsc w naszych Bieszczadach krzyżują się szlaki z Wołosatego, Halicza, Bukowego Berda i Ustrzyk Górnych. Jeżeli ktoś jest w stanie – może tu próbować odpocząć, ale w letnie weekendy szansa jest niewielka – lepiej od razu ruszyć na wierzchołek, odległy o 15-20 minut stąd. Skalnymi załomami trawersujemy skalistą turniczkę bezpośrednio pilnującą przełęczy, potem coraz wyżej wspinamy się ku widocznemu teraz przed nami stalowemu krzyżowi. To już szczyt – najwyższy punkt Bieszczad Zachodnich, a jednocześnie jedno z najwspanialszych miejsc widokowych w naszych górach.

Z wierzchołka trzeba wrócić z powrotem na siodło, a stąd wspiąć się jeszcze na zawieszony nad nim od zachodu wąski czub Tarniczki (1315 m n.p.m.). Stąd już łagodnie, rozległymi połoninami Szerokiego Wierchu schodzimy do Ustrzyk Górnych. Cały czas towarzyszą nam dalekie widoki na polską część Bieszczad – z charakterystyczną sylwetką Połoniny Caryńskiej na pierwszym planie, zza której wychylają się grzbietu Wetlińskiej, a na lewo, za szerokim obniżeniem – Wielka Rawka z ciągnącym się od niej ramieniem Działu. Cała wycieczka – z Wołosatego do Ustrzyk Górnych, połączona ze zdobyciem Tarnicy, nie powinna zająć więcej niż 5 godzin.

Tarnica
5 (100%) 1 głos
Zainteresowaliśmy Ciebie artykułem? Masz pytania, propozycje lub wątpliwości? Możesz do nas napisać: redakcja@everestexpedition.pl.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ